Burmistrz ma twarde dowody

wejście do urzędu miejskiego w Policach

Zostałam przestępcą. Burmistrz Polic wszczął wobec mnie postępowanie. Z urzędu. Koniec. Nie mam nawet prawa do zażalenia. Żadnego numeru telefonu, pod którym mogłabym coś wyjaśnić, żadnego wskazania, co mam robić. Tylko urzędniczy bełkot pełen paragrafów, terminów: „ordynacja podatkowa”, „organ podatkowy”… Przesyłka doręczona przez kuriera, za potwierdzeniem odbioru.

Czym zawiniłam? Nie zapłaciłam za psa. Dlaczego nie zapłaciłam? Bo od roku go nie mam. Ale o to nikt mnie nie zapytał. Burmistrz wytoczył armatę i grozi… Mieszkance swojej gminy, mieszkance, która przez lata uczciwie płaciła podatki. Nawet za psa, dopóki go miała. Niechby chociaż napisali: „prosimy się skontaktować, zadzwonić, wyjaśnić”. Nie – burmistrz strzela! Straszy i bełkocze do mnie za pośrednictwem swoich urzędników.

No to czekam na wyniki tego jego „postępowania”. Tydzień, dwa, trzy, cztery… Myślę sobie – wciąż szuka tego mojego psa. Nie znalazł. Po czterech tygodniach się poddał. I przysłał kolejne pismo. Ponownie pełne urzędniczego bełkotu. Ponownie na mój (także Twój – jeśli jesteś mieszkańcem gminy) koszt wysłał kuriera. Był łaskawy – wyznaczył mnie, znaczy „ww. Stronie”, siedmiodniowy termin „do wypowiedzenia się w zakresie zebranego materiału dowodowego w przedmiotowej sprawie”. Czyli jednak zbierał materiał dowodowy! Cały miesiąc! Gdzie? Jak?

A przecież! Pamiętam była kiedyś taka reklama o „twardych dowodach”. W niej o psie kupy chodziło i karmę… Naprawdę burmistrz psie odchody zbierał? Musiał pomylić adres. W moim ogródku od roku nie ma prawa ich zaleźć… Tylko jak go o tym przekonać? Jak udowodnić, że nie mam psa?

Panie Burmistrzu, wystarczyło od razu po polsku napisać, o co Panu chodzi. Podać numer telefonu do urzędnika, któremu mogłabym wyjaśnić, że mnie opłata od posiadania psów nie dotyczy. Podobnie jak cała część ordynacji podatkowej dla posiadaczy psów. Nie mam psa! No nie mam. Mnie też jest przykro!