Zawsze możemy coś zrobić. Czasem wystarczy zadzwonić

Każdy z nas może być świadkiem zdarzenia, w którym ktoś będzie potrzebował pomocy – dla ratowania zdrowia i życia. Wielu już w takiej sytuacji było. I wiadomo, że pomocy trzeba udzielić. Czasami wystarczy po prostu zaalarmować służby ratunkowe, zabezpieczyć miejsce, w którym przebywa poszkodowany, poczekać przy nim na przyjazd ratowników… Ale bywa, że trzeba podjąć bardziej bezpośrednie działania.

– Zawsze możemy coś zrobić, nawet jeśli nie mamy żadnego przeszkolenia z udzielania pierwszej pomocy – mówi Krzysztof Radek, ratownik medyczny, p.o. kierownika Ośrodka Symulacji Medycznych i Działu Szkoleń Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie. – Tu nie chodzi o to, żeby od razu stawać się bohaterem, podejmować się działań ponad siły i możliwości. Ale można wezwać pogotowie, sprawdzić, czy osoba potrzebująca pomocy w ogóle reaguje, czy nas słyszy, czy otwiera oczy. Dobrze jest też poczekać na przyjazd zespołu ratownictwa, bo my czasami nie możemy tej osoby poszkodowanej znaleźć. To zawsze jest pomoc.

Zawsze, kiedy widzimy osobę, która być może potrzebuje pomocy, upewnijmy się, że tak właśnie jest.

– Zdarza się, że jesteśmy wzywani do osób, które w ogóle naszej pomocy nie potrzebują – przyznaje Krzysztof Radek. – Sam miałem kiedyś taką interwencję: dostaliśmy informację, że ktoś leży i potrzebuje pomocy. Na miejscu okazało się, że rzeczywiście na trawniku pod drzewem leży sobie pan, ale on po prostu sobie odpoczywał. Nie był pijany, nic złego się z nim nie działo. Zadzwoniliśmy do osoby wzywającej, a ta wyjaśniła, że z balkonu zobaczyła, że ktoś tam leży, i wezwała pogotowie. A karetek jest mało. Jeśli zespół jedzie do takiego wezwania, to może nie dotrzeć na czas do kogoś, kto naprawdę będzie potrzebował pomocy.

Pomagaj bezpiecznie

Pomagając innym nigdy nie wolno zapominać o własnym bezpieczeństwie.

– Działajmy tak, żebyśmy byli bezpieczni – podkreśla ratownik. – Jesteśmy zwolnieni z obowiązku udzielenia pomocy, gdybyśmy przy tym mieli narazić siebie lub inne osoby na utratę zdrowia bądź życia. Nasze bezpieczeństwo jest priorytetem. Bo jeżeli nam się coś stanie, to po pierwsze stajemy się dodatkowym poszkodowanym, po drugie nie możemy już pomóc, ani nawet wezwać pogotowia.

Właśnie ze względu na bezpieczeństwo swoje i innych osób nie powinniśmy na przykład skakać do wody na ratunek tonącemu, jeśli nie mamy przeszkolenia do ratowania ludzi w takich sytuacjach. Nawet gdy umiemy pływać. Co oczywiście nie oznacza, że możemy w ogóle nie pomagać w takiej sytuacji.

– Nie bez powodu się mówi, że tonący brzytwy się chwyta – mówi ratownik. – I naprawdę osoba tonąca może utopić tego, kto ją ratuje. Jeżeli nie jesteśmy przeszkoleni, najlepsze, co możemy zrobić, to podać tonącemu coś, czego będzie mógł się złapać, a my możemy to wypuścić w każdej chwili: np. kawałek kija, linę, koło ratunkowe. Albo zróbmy tzw. łańcuch życia z kilkunastu, kilkudziesięciu osób. Nigdy sami bezpośrednio nie podpływajmy do tonącej osoby tak blisko, żeby mogła nas dotknąć.

Troskę o własne bezpieczeństwo należy rozumieć szeroko. Przed podejściem do osoby potrzebującej pomocy warto ocenić, czy nie ma zagrożenia, że potrąci nas jakiś samochód. Albo czy nie ma obok niej niebezpiecznego psa, który będzie bronił dostępu do poszkodowanego.

Jeżeli nie możemy bezpiecznie pomóc, to wzywamy służby i na nie czekamy.

– Jeżeli np. w czasie pożaru nie ma bezpiecznego dostępu do poszkodowanego, to od razu wzywamy pomoc, nawet jeśli nie do końca wiemy, co się dzieje – podaje przykład ratownik. – Nie idziemy tam, gdzie jest niebezpiecznie.

Gdy zagrożenia nie ma, to podchodzimy do poszkodowanego. I próbujemy z nim nawiązać kontakt.

– Jeśli mamy rękawiczki jednorazowe, warto je włożyć – mówi Krzysztof Radek. – Zachęcam do noszenia pary rękawiczek ze sobą. Nie zajmują dużo miejsca, a w różnych sytuacjach się przydają. Podchodzimy do poszkodowanego i mówimy głośno, zdecydowanie: „co się stało?”, „czy mnie słyszysz”, „otwórz oczy”. Sprawdzamy w ten sposób czy jest reakcja. Jeżeli to nie zadziała, warto tę osobę dotknąć, złapać za ramię, lekko potrząsnąć i zobaczyć, czy zareaguje na ten bodziec. Jeśli nie, to trzeba sprawdzić, czy ta osoba oddycha. Dla dyspozytora pogotowia będzie to bardzo ważna informacja.

Jak to sprawdzić?

– Do niedawna uczyliśmy, że nachylamy się nad poszkodowanym, słuchamy czy oddycha, próbujemy poczuć oddech na policzku i zaobserwować ruchy klatki piersiowej – mówi Krzysztof Radek. – Ale teraz, w związku z pandemią COVID-19, zalecenia Europejskiej Rady Resuscytacji są takie, żeby się nie pochylać, tylko trzymać nad ustami poszkodowanego jedną dłoń, a drugą na jego klatce piersiowej. I na tej, którą mamy nad ustami, poczujemy oddech, a drugą sprawdzimy, czy klatka piersiowa się unosi i opada.

W tym momencie mamy już najbardziej potrzebne informacje. Wybieramy numer alarmowy i odpowiadamy na pytania dyspozytora.

Pięć ważnych informacji

Najważniejsza jest lokalizacja, czyli wskazanie miejsca, gdzie jest potrzebna pomoc.

– W mieście to nie jest wielki kłopot, mamy nazwy ulic, numery domów – mówi Krzysztof Radek. – Natomiast w terenie: w lesie, gdzieś nad wodą, mogą z tym być problemy. Jeżeli nie jesteśmy w stanie określić lokalizacji, to służby ratunkowe też potrafią nas znaleźć, namierzyć telefon, z którego się dzwoni, ale zawsze zajmuje to kilka dodatkowych minut. Jeśli określimy miejsce, to pomoc przyjdzie szybciej.

Druga ważna informacja: co się stało.

– Czy jest to zasłabnięcie, czy wypadek komunikacyjny, pożar, osoba tonąca… – wymienia ratownik.

Równie ważne: ile jest osób poszkodowanych. Dzięki temu wiadomo, ile zespołów ratownictwa trzeba wysłać.

W miarę możliwości informujemy także dyspozytora, jakie obrażenia mają poszkodowani.

– Czyli: czy poszkodowana osoba oddycha, czy jest przytomna, czy widać jakieś krwawienia – podpowiada ratownik. – Mówimy o tym wszystkim, co jesteśmy w stanie zaobserwować.

I na końcu podajemy nasze dane osobowe: imię, nazwisko, numer telefonu, z którego wzywamy karetkę. To po pierwsze uwiarygadnia zgłoszenie, po drugie pomaga nawiązać kontakt ze zgłaszającym w razie potrzeby zasięgnięcia dodatkowych informacji o zdarzeniu.

Czasem trzeba samemu udzielić pomocy

– Jeżeli ktoś nie oddycha, pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić po wezwaniu pogotowia, to rozpocząć uciskanie klatki piersiowej – mówi ratownik. – Dłonie powinny być ułożone jedna na drugiej, palce splecione i odgięte ku górze. Ważne, żeby ręce były proste w łokciach. Wtedy cała siła ucisków idzie z naszych pleców. Uciskamy nasadą dłoni przy nadgarstku, nie palcami, bo ten ucisk jest wtedy nieefektywny. Założenie jest takie, że 30 ucisków i dwa oddechy ratunkowe. Jeżeli nie mamy maseczki do sztucznego oddychania, możemy tylko uciskać. W dobie pandemii koronawirusa ERC (Europejska Rada Resuscytacji) zaleca tylko uciskanie klatki piersiowej. I to uciskanie prowadzimy w tempie ok. 100-120 razy na minutę. Uciskamy na głębokość 1/3 grubości klatki piersiowej. Naprawdę jest to proste i na pewno zobaczymy, kiedy ratowanej osobie wraca krążenie: zacznie kasłać czy poruszać się. Nawet jeśli tego nie zauważymy, to serce w pierwszych chwilach po powrocie spontanicznego krążenia jest mocno „ogłuszone” i niewydolne, więc nasze działania z pewnością nie zaszkodzą, a mogą wspomóc „rozruch” serca.

Ratownik podkreśla, że nie należy się bać żadnych komplikacji związanych z tymi działaniami.

– Najważniejsze, żebyśmy podjęli resuscytację – mówi Krzysztof Radek. – Ten człowiek już nie oddycha, więc nie może być gorzej, może być tylko lepiej. Nie trzeba się bać, że żebra połamiemy. Ratujemy człowiekowi życie.

Statystyki dowodzą, że to przynosi wymierne efekty.

– Nasze dane z lat 2018 i 2019 wskazują, że liczba wystąpień powrotu spontanicznego krążenia w sytuacji, kiedy ktoś prowadzi resuscytację, jest o około 30% wyższa niż wówczas, gdy nikt do przyjazdu karetki nic nie robił – mówi ratownik. – To duża różnica.

Ważne jest także, że osoba bez przygotowania medycznego nie ponosi odpowiedzialności, jeśli ratowanie się nie powiedzie.

– Ktoś, kto udziela pierwszej pomocy, absolutnie takiej odpowiedzialności nie będzie ponosił – informuje ratownik. – W tym momencie przecież wykonywał swój obowiązek oraz działał w dobrej wierze i w stanie wyższej konieczności.

Poszkodowany oddycha, czas na pozycję bezpieczną

Jeżeli stwierdzamy, że poszkodowany oddycha, to układamy go w tzw. pozycji bezpiecznej.

– To ułożenie człowieka na boku, z lekko odchyloną do tyłu głową i ustami skierowanymi w stronę podłoża – opisuje ratownik. – Jeżeli dobrze się to robi, nawet osoba drobna i słaba może bardzo dużą osobę obrócić na bok. Z doświadczenia (z zajęć edukacyjnych – red.) wiem, że nawet przedszkolaki mogą swoją opiekunkę bez większego problemu ułożyć w tej pozycji.

Później co minutę sprawdzamy, czy poszkodowana osoba oddycha.

– Może być tak, że przestanie – mówi ratownik. – Jeśli tak się stanie, to przewracamy ją na plecy i rozpoczynamy resuscytację.

Najważniejsze, żeby nie pozostawać obojętnym, gdy widzimy, że ktoś potrzebuje pomocy. I nie bójmy się wzywać pogotowia.

– Jeżeli mamy wątpliwość, czy wzywać karetkę, to trzeba zadzwonić – mówi ratownik. – Najwyżej dyspozytor powie, że w danym przypadku wystarczy np. wizyta u lekarza rodzinnego. I podpowie, co trzeba zrobić.


Link do poradnika Polskiej Rady Resuscytacji

Jeden z filmów pokazujących m.in. pozycję bezpieczną i resuscytację

Numery alarmowe:

  • 112 – Centrum Powiadamiania Ratunkowego
  • 999 – Pogotowie Ratunkowego
  • 998 – Straż Pożarna
  • 997 – Policja

Partnerem projektu „Zdrowe Police” jest gmina Police.

Możesz komentować anonimowo, wpisać dane ręcznie lub użyć swojego konta w mediach społecznościowych.